Pewnie nie tylko ja mam w życiu takie chwile, że napalę się na coś jak szczerbaty na suchary. Chodzi to potem za mną i chodzi, aż w końcu ulegam i kupuję tę zachciewajkę. A potem klops! Swego czasu zdecydowałam się zakupić dwa kosmetyki z poniższego zdjęcia, trzeci (podkład) dostałam od firmy. Niestety z przykrością muszę stwierdzić, że mimo moich szczerych chęci i dużej, naprawdę dużej cierpliwości, o czasie nie wspomnę, kosmetyki te to nie jest moja bajka. Zaraz wytłumaczę dlaczego.
Lirene, No Mask, płynny fluid + serum - to bardzo lekki i (na pierwszy rzut oka) wręcz idealny podkład na dzień. Jego aplikacja nie sprawia mi najmniejszego problemu, zarówno gdy używam gąbeczki czy po prostu własnych dłoni. Rozprowadza się bardzo sprawnie i w pierwszych chwilach wygląda na twarzy obłędnie. Skóra jest pięknie wyrównana pod względem koloru i niezwykle przyjemna w dotyku. Niestety po upływie ok. 15 minut, cały czar pryska, ponieważ podkład okrutnie ciemnieje na mojej twarzy, a skóra staje się pomarańczowa. O ile przy mojej opaleniźnie to nie wygląda źle, bo tony są podobne, tak na chwilę obecną, gdy skóra wróciła do swojego zimowego koloru, nie jestem w stanie go dłużej używać. W moim przypadku to niestety pomarańczowa masakra.
Vichy, Antyperspirant roll - on 48h, przeciw nadmiernej potliwości - kupiłam go latem w SP na dość dużej promocji. Nie szukałam w sumie żadnego blokera, nie pociłam się jakoś szczególnie, chociaż po ciąży nieco zmieniło się w tym temacie. Pomyślałam jednak, że 23 złote, to nie jest duży wydatek i postanowiłam, że wypróbuję ten hit blogosfery, który swego czasu wyskakiwał nawet z lodówki ;) Nie musiałam czekać długo na efekty, nie czekałam nawet na jakieś bardzo upalne chwile. Zaczęłam stosować ten dezodorant na co dzień i okazało się, że działa na mnie gorzej niż zwykła kulka z Avonu. Nie zauważyłam, by moje pocenie się zmieniło swoją intensywność, ale wymagałam, by zapewniał mi podstawową ochronę. Niestety wielokrotnie, by nie powiedzieć codziennie zdarzało się tak, że bardzo szybko pojawiał się nieprzyjemny zapach, który był dla mnie absolutnie dyskwalifikujący jeśli chodzi o ten produkt.
Resibo, Olejek do demakijażu - na tego gagatka jestem chyba najbardziej obrażona. Kosztował niemało, miał przenosić góry, a przyniósł mi jedynie wielokrotny wysyp pryszczy w okolicach żuchwy. Powiecie pewnie, że musiałam popełniać jakiś błąd przy dalszych krokach pielęgnacyjnych. Otóż nie. Przykładałam się do wieczornego demakijażu. Stosowałam produkt w połączeniu z różnymi produktami do zmywania twarzy. Robiłam kilkudniowe i kilkutygodniowe przerwy. Za każdym razem, gdy wracałam do tego olejku, sprawy miały się identycznie - wysyp dużych, podskórnych gól, z którymi musiałam walczyć czasami naprawdę dość długo. Przykro mi, ale nie wiem co zrobię z resztą tego złota, które swoją drogą jest bardzo wydajne.
Jak mówi przysłowie nie każde złoto, co się świeci. Nie każdy hit blogosfery, musi być moim indywidualnym hitem... i odwrotnie! Rzadko zdarzają mi się takie porażki kosmetyczne, ale postanowiłam, że i o nich będę wspominać na blogu, ponieważ czasem mam wrażenie, że wypada o wszystkim pisać tylko dobrze ;) Dajcie proszę znać, czy i Wam zdarzyły się takie nietrafione hity. Chętnie poczytam!
Miłego poniedziałku!
