Chorowanie nie jest rzeczą przyjemną, szczególnie kiedy trzeba ogarnąć codzienność i chodzić przy tym wszystkim do pracy. Jednak wczoraj wieczorem kaszel już mnie pokonał i myślałam, że się po prostu uduszę. Uratowały mnie inhalacje, o których przypomniałam sobie całkiem przypadkiem. Skoro przeżyłam ostatnią noc, to znaczy, że jeszcze nie pora na mnie ;) Ostatnie dni były słodko - gorzkie. Wszystko trzeba przeżyć. Czekam na trochę odpoczynku psychicznego od pracy. Generalnie mam już dość życia problemami rodzin wychowanków i nie ukrywam, że każdy dzień traktuję na przetrwanie. Jeszcze dwa tygodnie.
Myślę, że ten #blogmas będzie doskonałym czasem, by opisać zaległe produkty, po których śladu już w zasadzie nie ma i podejrzewam, że gdyby nie to, że postarałam się kiedyś i zrobiłam zdjęcia, to dałabym sobie z nimi spokój. Dość dawno zużyłam dwa ostatnie produkty OnlyBio i chyba od nich zacznę to odgrzewanie kotletów.
Hipoalergiczny szampon do włosów normalnych OnlyBio - przyprawia o zawał już samym opakowaniem, bo jest to przecież grube, ciężkie szkoło, które w warunkach łazienkowych stanowi wyzwanie... by utrzymać je przy życiu! Niestety bardzo stresujące było dla mnie również używanie tego szamponu, z bardzo prostej przyczyny - plącze on moje włosy niemiłosiernie. Niejednokrotnie wyrwałam sobie garść włosów, próbując pozbyć się strasznego kołtuna, który powstawał na głowie po każdym myciu. Jedynie tona odżywki łagodziła sprawę. Sam szampon jest dla moich włosów przeciętny, żeby nie powiedzieć obojętny. Dobrze się pieni i to chyba jest jak dla mnie jedyny jego plus. Przy codziennym myciu włosów, wydajność też nie jest najgorsza.
Całkiem inaczej sprawa ma się z drugim produktem OnlyBio, czyli Nawilżająco - odżywiającym płynem do kąpieli, który uprzyjemniał mi codzienne kąpiele w wannie. Pomijam opakowanie, bo jest jeszcze cięższe niż poprzednika (mieści 500 ml) i w ogóle nie ma pompki. Jednak sam płyn skutecznie 'zmiękcza' wodę, całkiem dobrze się pieni i jest nawet korzystny dla mojej skóry, która w okresie zimowym wymaga specyficznego podejścia pielęgnacyjnego. Zapach praktycznie niewyczuwalny. Myślę, że sam produkt bardzo podobny w działaniu do wersji dla maluszków. Muszę się przyznać, że nie wymagam wiele od tego typu produktów, a priorytetem dla mnie jest by moja skóra nie wznosiła się na wyżyny swędzenia. Reszta jest w zasadzie mało ważna. Jeśli jednak lubicie naturalne produkty, to ten jestem Wam w stanie polecić.
