Długo odwlekałam pisanie tego posta, ponieważ testowanie tego kosmetyku było dla mnie bardzo kłopotoliwe. Z uwagi jednak na to, że przed ciążą stosowałam oba kremy z tej serii, czyli z 5% i 10% kwasem migdałowym postanowiłam popełnić wpis o tamte doświadczenia. Jak wiecie, nadal karmię moją córkę piersią. Opinie na temat stosowania kwasów w ciąży i w czasie karmienia są podzielone, z drugiej strony wiadomym jest, że nikt nie poddaje kobiet w ciąży, czy matek karmiących badaniom w tym kierunku. Są kwasy, które są absolutnie zakazane w ciąży. Jednak jeśli chodzi o kwas migdałowy przy karmieniu, to moja dermatolog twierdzi, że ten w niskim stężeniu jest dozwolony. Ja mam mieszane uczucia. Tak samo miałam mieszane uczucia, kiedy na początku ciąży przepisała mi sterydy do stosowania na skórę głowy. Miałam nadzieję, że w czasie kiedy będę miała testować ten krem, Mała będzie już pogodzona z butelką. Jednak tak się nie stało i używałam zatem tego kremu dość wybiórczo, by przypomnieć sobie wszystkie kwestie techniczne, właściwości i to jak krem zachowuje się na mojej twarzy. Na dłuższą kurację i to raczej 10% zdecyduję się dopiero za jakiś czas. Postanowiłam być uczciwą blogerką i z racji tego, że testy z portalem Ofeminin, rządzą się swoimi prawami (2-3 tygodnie), tak oto powstaje dzisiejszy post.
Moje pierwsze spotkanie z tym kremem miało miejsce ponad dwa lata temu. Wówczas w czasie promocji w Superpharm, kupiłam oba dostępne warianty kremu. Stosowałam je w pewnym odstępie czasu i oba wspominam bardzo dobrze. Tym razem używałam kremu na przestrzeni jednego miesiąca. Post będzie zatem zbiorczym wpisem na temat kremu Pharmaceris, bo wiadomo, że tego typu kosmetyk potrzebuje czasu by zadziałać i oczekiwać jakichkolwiek efektów.
Pharmaceris
Krem z 5% kwasem migdałowym
KREM Z 5% KWASEM MIGDAŁOWYM na noc, to pierwszy stopień złuszczania SEBO-ALMOND PEEL 5%. Jest to krem o wysokiej tolerancji, przeznaczony do codziennej pielęgnacji na noc dla skóry trądzikowej również delikatnej i wrażliwej, z przebarwieniami i nierównym kolorytem oraz przetłuszczającej się. Krem można bezpiecznie stosować przez cały rok. Latem zaleca się stosowanie kremu z filtrem o min. SPF 20.
Krem działa przeciwtrądzikowo i regulująco na wydzielanie sebum likwidując istniejące zmiany trądzikowe oraz ogranicza powstawanie nowych niedoskonałości. Kwas migdałowy delikatnie złuszcza martwe komórki naskórka odblokowując pory i łagodząc zmiany trądzikowe. Umożliwia jednocześnie głębszą penetrację w głąb skóry ekstraktu z cytryny, który działa rozjaśniająco i wygładzająco. Synergiczne działanie składników aktywnych sprawia, że krem doskonale wygładza skórę, zmniejsza widoczność porów i ujednolica jej koloryt. Produkt może być stosowany samodzielnie lub dla lepszego efektu złuszczania w dwu-stopniowej kuracji z kremem SEBO-ALMOND PEEL 10%.
Krem ma bardzo lekką formułę. Wchłania się bardzo szybko i chwilę po aplikacji czuć jedynie delikatną lepką warstwę na skórze. Powiem szczerze, że mi ta warstwa raczej nie przeszkadza, ale radziłabym by nakładać go nieco wcześniej, niż tuż przed położeniem głowy na poduszkę, ponieważ najzwyczajniej w świecie można się do niej przykleić (przed nałożeniem kremu warto tonizować skórę). Warstwa, która przez chwilę utrzymuje się na skórze, jest jak najbardziej do zaakceptowania, jednak ciągle przypomina mi o niej zapach, który jest bardzo chemiczny i znaczącą świdruje w nosie. Nie należy on do przyjemnych i w moim odczuciu jest to jedyny minus tego kremu. Nie wiem dlaczego, ale spotkałam się z opiniami, że krem nie ma zapachu... Opakowanie jest bardzo poręczne, higieniczne. Wydaje mi się, że w przypadku kremu nie ma lepszego rozwiązania niż pompka.
Przejdźmy teraz do najważniejszego, czyli do działania. Zarówno przy moim pierwszym spotkaniu z tym kremem, jak i teraz oczywistym powodem do stosowania kremu miała być kaszka na żuchwie i policzkach, przetłuszczanie skóry może mniej, ponieważ po ciąży moja skóra już nie wędruję w stronę niechcianego blasku ;) Jeżeli chodzi o przebarwienia, to moja lekarka twierdzi, że kwas migdałowy nie jest tym kwasem, który powinien się z takimi rzeczami rozprawiać, tym bardziej, jeśli tak jak w moim przypadku przebarwienia są niczym innym jak melasmą. Po co więc stosować tego typu krem? Po to by rozpocząć swoją drogę ku wygładzaniu twarzy i pozbycia się niedoskonałości, by pory stały się mniej widoczne, by cera stała się bardziej wyspana i jędrniejsza, by pozbyć się delikatnych(!) przebarwień, a raczej by je delikatnie rozjaśnić.
Pierwsze dni z tym kremem w moim przypadku nie należą do udanych i generalnie, zarówno za pierwszym razem, jak i teraz musiałam borykać się z wysypem niedoskonałości (tym razem używałam kremu co 2-3 dni, wcześniej systematycznie co drugą noc). Taki stan utrzymywał się do 2 tygodni. Wszystko to, co siedziało pod skórą wyszło na światło dzienne ;) Nie był to łatwy czas i widok też nie należał do najlepszych, ale po przełamaniu magicznej bariery dwóch tygodni, mogłam liczyć na światło w tunelu ;) Stan mojej cery zaczął się zmieniać po każdym jednorazowym użyciu kosmetyku. Niedoskonałości schodziły dość systematycznie i nie zauważyłam, by pozostawiały po sobie jakieś wielkie ślady. Skóra zaczęła się wygładzać, ale do doskonałości jeszcze jej dużo brakuje, więc praca w tym kierunku nadal jest przeze mnie kontynuowana.
Zapytacie pewnie co z moim AZS na twarzy, bo cały czas męczę się z czerwonym plackiem między brwiami. Ja po prostu omijałam to miejsce, a skupiałam się głównie na żuchwie, brodzie i policzkach. Tym razem podarowałam sobie czoło. Wiem, że krem potrafi migrować po twarzy, jednak nie zauważyłam, by akurat ten przyczynił się do pogorszenia mojego problemu z przesuszeniem skóry. Nie zauważyłam tego również w partiach twarzy, gdzie krem był stosowany. Z ulotki dowiadujemy się, że krem jest niezwykle delikatny, nawet dla cery wrażliwej i ja z moimi przypadłościami, jestem chyba dobrym przykładem na to, że tak rzeczywiście jest. Nie zaobserwowałam, by moja skóra zaczęła się łuszczyć, ale była dość napięta i koniecznym dla mnie było i nadal jest stosowanie kremu nawilżającego, pora roku też swoje dokłada. Moje pierwsze spotkanie w tym kremem (czyli rok 2014) miało miejsce wiosną. Tym razem była to jesień. W obu przypadkach stosowałam krem z filtrem. Tym razem dodatkowo stosowałam jeszcze kremy z serii wybielającej, również Pharmaceris (o których pisałam tutaj).
Tak wygląda moja przygoda z Kremem z 5% kwasem migdałowym Pharmaceris. Tym razem była do wersja bezpieczniejsza i bardziej wybiórcza, co moim zdaniem właściwościom kremu nie umniejsza. Gdyby nie to, że już kiedyś używałam tego kremu, chyba nie posunęłabym się do opisywania jego właściwości, a jedynie zaprezentowałabym go bardzo ogólnie i to bardziej od strony producenta.

































