In
kosmetyki naturalne,
Make Me BIO
Make Me BIO Orange Energy, Nawilżający krem do cery normalnej i wrażliwej
Dzisiaj o kremie, który zużywałam dokładnie pół roku. Zużywałam go od stycznia do czerwca, z tym, że w czerwcu już tylko na noc, ponieważ cieplejsze dni sprawiły, że wyglądał na twarzy mało korzystnie, gdyż był już zbyt treściwy jak na letnie dni. Pojawił się w lutym w ulubieńcach.
Make Me BIO
Orange Energy Nawilżający krem do cery normalnej i wrażliwej
Doskonały krem opracowany na bazie wody z kwiatu pomarańczy, która z łatwością przenika w głąb komórek skóry, przywracając jej równowagę. Działa lekko ściągająco, rozjaśnia i tonizuje skórę. Orzeźwiający zapach kwiatu pomarańczy działa stymulująco na umysł. Olejki z migdałów, jojoba i shea doskonale nawilżają, odżywiają i chronią skórę nie pozostawiając uczucia ociężałości. Wyciąg z rumianku dodaje uspokajająco- łagodzące funkcje. Ten aksamitny krem jest idealnym wyborem na świeżą dawkę energii każdego dnia!
Przewidywane działanie składników kremu:
Woda z kwiatu pomarańczy - działa tonizująco i rozjaśniająco. Pomaga walczyć z przebarwieniami i zmarszczkami, dodając skórze energii. Oczyszcza i działa przeciwzapalnie, zaś jej intensywny, pomarańczowy zapach pobudza zmysły, odpręża i orzeźwia skórę.
Olejek mandarynkowy - działa antyseptycznie i zmiękczająco. Łagodzi problemy skórne, zmniejszając zapalenia i pomagając w walce z trądzikiem. Odżywia skórę, nadając jej zdrowy wygląd, zaś cytrusowe nuty zapachowe pobudzają zmysły.
Wyciąg z rumianku - działa łagodząco i regenerująco. Wykazując silne właściwości przeciwzapalne wygładza skórę i zapobiega powstawaniu niedoskonałości. Oczyszcza, ujędrnia, zmiękcza skórę, a przy tym pomaga wyrównywać jej koloryt.
Olejek ze słodkich migdałów - działa nawilżająco i ujędrniająco. Dzięki bogactwu witamin i składników mineralnych skutecznie regeneruje, chroni przed utratą wody z komórek i opóźnia procesy starzenia się skóry. Dodatkowo jego przyjemny, orzechowy zapach koi zmysły.
Olejek jojoba - działa normalizująco i doskonale pielęgnuje. Struktura olejku zbliżona jest do sebum wydzielanego przez skórę, dzięki czemu wytwarza on naturalną barierę ochronną na powierzchni skóry, zapewniając odpowiedni poziom nawilżenia i blask. Dzięki olejkowi skóra jest miękka i jędrna.
Masło shea - działa ochronnie i regenerująco. Dzięki wysokiej zawartości witaminy A i E opóźnia procesy starzenia się skóry i chroni przed wolnymi rodnikami. Dodatkowo zabezpiecza skórę przed negatywnym działaniem czynników zewnętrznych, takich jak wiatr, słońce czy woda.
Skład:
Citrus Aurantium Dulcis (Orange Blossom) Flower Water, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Cetearyl Glucoside, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Cetyl Alcohol, Glyceryl Monostearate, Tocopherol (Vitamin E), Glycerin, Matricaria Chamomilla (Chamomile) Flower Extract, Benzyl Alcohol, Potassium Sorbate, Dehydroacetic Acid, Parfum, Limonene*, Linalool*
Krem Orange Energy urzeka nie tylko swoim działaniem, ale i prostym opakowaniem. Zamknięty jest w ciężkim słoiczku z ciemnego szkła. Pachnie cudnie! Pachnie świeżo i naprawdę pomarańczowo. Może być stosowany zarówno na dzień i na noc. Ja przy mojej cerze mieszanej przez pierwsze miesiące stosowałam go jedynie na dzień, z obawy na obecność masła shea. Doskonale sprawdzał się jako krem na zimę. Pozwalał mi pozbyć się suchych skórek wokół nosa i ust, a jednocześnie doskonale nawilżał pozostałe partie twarzy. Skóra wyglądała po nim promiennie i świeżo, była bardzo przyjemna w dotyku. Świetnie utrzymywał makijaż, gdyż sam wchłaniał się do matu. W czasie zimnych miesięcy, moja skóra się po nim nie świeciła, a makijaż po kilku godzinach wyglądał satynowo, ale nie był tłusty i nieświeży. To dość gęsty i treściwy krem, jednak bardzo dobrze rozprowadza się na skórze. Jest bardzo wydajny, ponieważ już niewielka jego ilość pozwala pokryć kosmetykiem całą twarz. Chyba dlatego zużywałam go praktycznie pół roku, co powiem szczerze zdarzyło mi się pierwszy raz w przypadku kremu do twarzy. Kiedy przyszły miesiące bardziej ciepłe, może jeszcze nie maj, ale czerwiec i temperatury przekraczające granicę 20 stopni, niestety krem zaczął płatać mi straszne figle. Stał się już zbyt treściwy i zbyt ciężki dla mnie. Skóra pracowała pod nim chyba dwa razy więcej, przez co makijaż wyglądał już źle, nieestetycznie. Krem powodował zapychanie, przez co został zdegradowany już tylko do kremu na noc i to nie na każdą jedną. Taka forma użytkowania była wówczas dla niego najbardziej odpowiednia, a ja zaczęłam wówczas przygodę z bardzo lubianym przeze mnie kremem Fitomed No 11. Z racji tego, że nie wszystkie produkty naturalne nie są dla mojej skóry obojętne, muszę zaznaczyć, że krem pomarańczowy nie wywoływał u mnie żadnych podrażnień i reakcji alergicznych.
Krem już dawno jest zdenkowany, bo mamy przecież październik. Piszę jednak o nim, ponieważ znów idzie ta (dla mnie gorsza) zimniejsza część roku i może ktoś z Was szuka dobrego kremu na ten czas. Krem Orange Energy takim kremem jest. Mimo, że nie służył mi w miesiącach letnich, to chętnie do niego wrócę w czasie zimowym. Kosmetyk nie należy do najtańszych, bo kosztuje ok. 50 zł i nie jest stacjonarnie szeroko dostępny. Ja swój egzemplarz zakupiłam w sklepie Helfy w Toruniu.
To było moje jak na razie pierwsze spotkanie z firmą Make Me BIO.
Co jeszcze możecie polecić do mojej cery mieszanej?
Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.






