Nigdy nie ukrywałam, że pielęgnacja skóry głowy to nie jest dla mnie łatwy temat. Oczywiście w teorii wiem (chyba) wszystko i generalnie mam w domu tyle kosmetyków i leków, że powinnam sobie radzić wyśmienicie. Bywa jednak różnie. Jak już znajdę coś ciekawego i coś, co rzeczywiście działa, to moja skóra się przyzwyczaja i zaczynam swoją drogę na nowo. Ostatnio w akcie desperacji udałam się nawet ponownie do dermatologa. Zostałam wyśmiana i bardzo nieuprzejma pani doktor przepisała mi garść preparatów sterydowych. Wykupiłam receptę, bo było już tak źle, że było mi chyba wszystko jedno. Odstawiłam po trzech tygodniach i nie jest najgorzej, bo całkiem regularnie stosuję produkt marki Tints of Nature, czyli Odżywczą kurację do skóry głowy.
Kuracja odżywcza Tints of Nature została stworzona z myślą o wrażliwej, suchej i swędzącej skórze głowy. Unikalny preparat wyprodukowany z naturalnych, organicznych składników intensywnie nawilża skórę głowy, przywraca jej równowagę i wspomaga regenerację. Pomaga zlikwidować nieprzyjemne przesuszenie i swędzenie skalpu, a to wszystko dzięki składnikom roślinnym:
- ekstraktowi z nasion kopru - chroni przed uszkodzeniami skóry głowy i włosów;
- aloesowi - nawilża, zmiękcza i koi skórę, przynosi ulgę;
- marunie nadmorskiej - redukuje napięcie skóry, minimalizuje pieczenie. Poprawia komfort cienkiej, wrażliwej i suchej skóry;
- ekstraktowi z rumianku - przywraca skórze głowy komfort, zapobiega uszkodzeniom, regeneruje.
Skład kosmetyku jest w 99% naturalny. Produkt może być stosowany przez wegan i wegetarian, ponieważ nie zawiera składników odzwierzęcych. Nie zawiera substancji zapachowych.
Na początku pragnę zaznaczyć, że moja skóra głowy zwykle nie lubi produktów naturalnych i bywa bardzo wrażliwa na takie kombinacje z mojej strony. Dlatego też nie funduję jej zbyt często takich doznań. Cóż ja na to mogę poradzić, że ona woli to co "złe" ;)
Odżywczą kurację Tints of Nature początkowo stosowałam jedynie na miejsca najbardziej problematyczne, czyli skórę głowy nad karkiem (mniej więcej do wysokości uszu). Tam zwykle dzieje się dzika burza i tam głównie ślę moje przekleństwa i modlitwy ;) Produkt pachnie ziołowo, powiedziałabym nawet, że w kierunku jakiegoś lekarstwa. Kojarzy mi się głównie z zapachem szpitalnym. Aplikowany na skórę delikatnie się zapienia, ale jest to w głównej mierze sprawa aplikatora, który dość mocno wydobywa ciecz z opakowania. Kiedy przesadzimy z ilością, po prostu cieknie nam po skórze. Pompka jest całkiem sprawna i nie zacina się w czasie zużywania 75 ml produktu. Po zastosowaniu kuracji na skórę głowy odczuwam swoistą ulgę, ale niestety w moim przypadku aplikacje wymagają powtórzeń w ciągu dnia, by ten stan utrzymywał się dłużej. Po kilku dniach stosowania, skóra rzeczywiście się uspokoiła. Najlepszym objawem dla określenia tego stanu, jest w moim przypadku przystopowanie łuszczenia się skóry nad karkiem, ale przyznaję, że stan wyjściowy skóry nie był najgorszy, bo po sterydach. Skóra stała się w pewnym momencie ładnie różowa, a nie wściekle czerwona i zaogniona. Niestety muszę się przyznać, że najgorszych momentach łuszczycy, potrafię drapać się w nocy do krwi i robię to bezwiednie, przez sen. W czasie ostatnich trzech tygodni, taka sytuacja nie miałam miejsca. Gdzie zwykle po odstawieniu płynów sterydowych łuszczyca wraca ze zdwojoną siłą. Mam poczucie, że skóra jest dobrze nawilżona, a kuracja działa na nią w sposób niezwykle kojący. Trwam w nadziei, że skóra się szybko nie przyzwyczai ;)
Produkty Tints of Nature nie są szeroko dostępne. To kosmetyki brytyjskiej firmy produkującej farby do włosów. Dostaniecie je np. w Eko Pasażu Helfy w Toruniu, skąd i ja mam swój egzemplarz. Polecam spróbować, tym bardziej, że w chwili obecnej można je nabyć w cenie promocyjnej.









